niedziela, 14 stycznia 2018

00. Na każdego przychodzi kiedyś czas

Znalezione obrazy dla zapytania gif sky

Ze statystyk wynika, że prawdopodobieństwo śmierci w wypadku lotniczym wynosi 1:29 milionów.*
A jeśli statystyki pójdą się pieprzyć, a ty będziesz tym jednym na milion przypadków?
Nazywa się to wtedy zrządzeniem losu. Nie ma co rozpaczać. One zawsze się zdarzają i nie ma jak się przed nimi uchronić. Równie dobrze możesz doznać obrażeń w domu - miejscu, w którym czujesz się najbezpieczniej; nawet gdy zdecydujesz się z niego nigdy nie wychodzić i zamknąć na otaczający cię świat.
Nie rozpaczaj. Na każdego przychodzi kiedyś czas.

Pewnego grudniowego dnia gdy byłem dwuletnim chłopcem układałem z mamą klocki. Podobno chciałem zbudować piękny zamek z wszystkimi bajerami jakie wpadły mi wtedy do dziecięcej głowy. Naszą zabawę przerwał dźwięk telefonu. Mama zostawiła mnie na chwile, by moc odebrać. Pamiętam, że płakała. Następnego dnia wyjechała, a ja już jej więcej nie widziałem. Nigdy nie dokończyliśmy naszego zamku. Jednym złowrogim pchnięciem niedokończone mury z łatwością zostały rozwalone.
Gdy miałem dwa lata poznałem smak pierwszej życiowej porażki.

Gdy skończyłem dwa i pół roku zobaczyłem w telewizji potężny samolot, z którego zostały szczątki. Myślałem przecież, że będzie bezpieczny. Tata chyba też, bo zaczął płakać. W tamtym czasie wiele różnych ludzi przy mnie płakało. W tamtym czasie dużo ludzi przewijało się przez mój dom. Nie zdołałem zapamiętać większości twarzy. I tak nie było mi to potrzebne. Większości nigdy więcej nie zobaczyłem.
Gdy miałem dwa i pół roku rozpocząłem samotne życie z tatą. I było nam dobrze. Zazwyczaj, jak to bywa w rodzinie.

Gdy miałem pięć lat przeprowadziliśmy się do małego, malowniczego miasteczka we Francji. Pamiętam, że tata się uśmiechał. Chyba udało mu się zostawić przeszłość za sobą.

Gdy miałem siedem lat poznałem pierwszą przyjaciółkę. Razem bawiliśmy się, chodziliśmy do szkoły... Nie odstępowaliśmy się na krok. Jej mama była bardzo miła. I zawsze pomagała tacie. Już nie byliśmy tak całkowicie sami.

Gdy miałem dwanaście lat wiele już rozumiałem. Prześledziłem każdy zakamarek internetu i dotarłem do wszystkich opublikowanych informacji. Tacie było łatwiej, nie musiał mi mówić wszystkiego chodź wiem, że i tak szczera rozmowa kosztowała go bardzo dużo.

Gdy miałem trzynaście lat moje zainteresowanie elektroniką, mechaniką i innymi pokrewnymi dziedzinami nabrało intensywnego rozbiegu. Ucząc się wiele przez miniony rok posiadałem już na tyle dużą wiedzą, że wyróżniałem się z tłumu. I zostałem zauważony.

Okres między moimi szesnastymi, a siedemnastymi urodzinami był dość burzliwy. Zaczęło się od propozycji nauki na Uniwersytecie Kalifornijskim. (Oczywiście daleko od domu.) Wiadomo, że nie miałbym takiego dylematu, gdyby uczelnia nie miała takich wspaniałych kierunków i osiągnięć w interesującym mnie temacie. Istniały jednak dwa istotne problemy, które mnie zatrzymywały w naszym małym, spokojnym miasteczku. Po pierwsze przelot samolotem, który zniszczył moją rodzinę, po drugie tata, który wciąż pamiętał, że samolot zniszczył jego rodzinę. Szukałem okrężnych ścieżek, ale nie wchodziły w grę nawet jak bardzo tego chciałem. Uczelnia finansowała mi przelot za darmo, zakwaterowanie już nie; mogłem pokryć dopiero koszty starając się o stypendium lub znajdując jakąś pracę dorywczą. Wiedziałem, że nie możemy sobie pozwolić na kilkakrotny przejazd naszym starym autem z moimi rzeczami. Wiedziałem też, że mimo wszystkich szczerych uczuć jakie tata żywił do naszej małej społeczności to był on zbyt dumny, aby poprosić ich o pomoc. Poza tym nie byłem przekonany, że ich samochody są w o tyle dobrym stanie, aby mogły przetrwać taką przygodę (większość mieszkańców nigdy nie przekraczała granic naszego miasteczka, nigdy nie czuli takiej potrzeby nie wierząc, że świat ma do zaoferowania coś więcej niż co doświadczyli tutaj). Zdałem sobie sprawę, że ilekroć tata mi odmówił tym bardziej odkrywałem jak bardzo pragnę tego wyjazdu, jak bardzo chciałem się rozwijać i zobaczyć ile tak naprawdę jestem warty.

Gdy miałem siedemnaście lat wsiadłem po raz pierwszy do samolotu, złamałem tacie serce, a na pokładzie szczerze się zaśmiałem. Wiedziałem, że mój lęk już nigdy nie stanie mi na przeszkodzie do spełniania marzeń.
Obiecałem, że wrócę. Mam nadzieję, że tata będzie czekał.  I Avery. Bo ja będę czekał na nasze kolejne spotkanie.

❤❤❤

* newsweek, z artykułu: 5 powodów, by nie bać się latania

Od autorki: Jest to pomysł, który wpadł mi nagle do głowy. Wiem, że opowiadanie nie będzie idealne, ale liczę, że dzięki niemu stanę się lepszą autorką. Mam też cichą nadzieję, że komuś się spodoba i będzie śledził rozwój wydarzeń wraz ze mną.
Nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział zależy to od nawału pracy w szkole.  

3 komentarze:

  1. Mi się spodobało i czekam na kolejny! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam, jak zaprasza mnie ktoś na swojego bloga i jest to początek historii. Łatwiej jest mi się wczuć. :)
    Myślę, że zaprzyjaźnimy się - ja i Twoja historia. Czekam na kolejny.

    www.rytmuczuc.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć!
    Pisałam na gg, że skomentuję w weekend, dlatego tutaj jestem.
    Niezmiernie się cieszę, że zaprosiłaś mnie na swojego bloga. Może to dopiero prolog, początek, ale mnie już wkręciła ta historia i z pewnością będę śledzić poczynania siedemnastolatka, który ma już ze sobą dość spory bagaż doświadczeń.
    Twój styl pisania onieśmiela, cichutko prosi o aprobatę, więc z ręką na sercu informuję, że jestem pod ogromnym wrażeniem!
    Mam nadzieję, że uda ci się znaleźć dużo czasu na pisanie i będziesz wstanie dodawać rozdziały w miarę możliwości regularnie.
    Pozdrawiam,
    Shoshano

    OdpowiedzUsuń